fbpx

Dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym, zwana przez przeciwników “ACTA 2”, stanowi w ostatnim czasie przedmiot zażartych dyskusji nie tylko wśród prawników, ale też polityków i zwykłych użytkowników Internetu.

Jej uchwalenie przez Parlament Europejski spotkało się ze skrajnie odmiennymi reakcjami, począwszy od euforii wydawców i środowisk twórczych, na rozgoryczeniu i gniewie zwolenników “wolności w Internecie” skończywszy.

Silne emocje i wysoka temperatura sporu, stymulowana dodatkowo przez żądne sensacji media, sprawiają, że postronnemu obserwatorowi ciężko zrozumieć istotę przyjętych rozwiązań i wyrobić sobie własną opinię.

O poziomie debaty mogą świadczyć choćby powszechne posługiwanie się nieaktualną numeracją najbardziej kontrowersyjnych przepisów – artykułów 11 i 13 – które obecnie posiadają numery 15 i 17.

Znaczącym zmianom w stosunku do pierwotnego tekstu uległa także ich treść, co sprawia że odgrzewane slogany sprzed roku (o “podatku od linków” i “cenzurze prewencyjnej”) nie przedstawiają sobą większej wartości merytorycznej.

Co zatem naprawdę zmieni tzw. ACTA 2?

Czy grozi nam “podatek od linków”?

Kiedy opublikowano pierwotny tekst spornej dyrektywy, jednym z przepisów budzących największe kontrowersje był art. 11 (obecnie – 15). W ówczesnym brzmieniu, gwarantował on wydawcom publikacji prasowych (w tym internetowych) wyłączne prawo do:

  1. zezwalania na zwielokrotnianie ich utworów w całości bądź w części lub zabronienia zwielokrotniania;
  2. zezwalania na rozpowszechnianie ich utworów lub zabronienia rozpowszechniania.

Ze względu tak dość szeroki zakres przewidzianych uprawnień, głosy wskazujące na niebezpieczeństwo wprowadzenia wymogu uzyskania zezwolenia (najpewniej płatnego) na opublikowanie choćby linku do artykułu (który w niektórych portalach generuje także nagłówek i pierwsze akapity artykułu), nie były pozbawione podstaw. Wątpliwości wzbudzał także czas ochrony przyznanej wydawcom, który określono na aż 20 lat od chwili publikacji artykułu.

Pod wpływem krytyki, powyższe rozwiązania zostały znacząco zmodyfikowane. Prawną ochronę ograniczono do wydawców mających siedzibę na terytorium UE, a czas jej trwania skrócono dziesięciokrotnie (do 2 lat od chwili publikacji).

Pojawiły się ponadto gwarancje dla użytkowników indywidualnych, którzy będą mieli nieskrępowaną możliwość korzystania z publikacji prasowych w celach prywatnych i niekomercyjnych. Unijny prawodawca postanowił też jednoznacznie zamknąć temat “podatku od linków” poprzez wyraźne wyłączenie spod ochrony przyznanej wydawcom zarówno samej czynności linkowania, jak i pojedynczych słów lub bardzo krótkich fragmentów publikacji prasowej (w tym generowanym wraz z linkiem). 

Ze zmian w dyrektywie zadowoleni powinni być także twórcy, których utwory (np. zdjęcia, grafiki) umieszczane są w publikacjach prasowych. Państwa członkowskie będą miały bowiem obowiązek wprowadzić przepisy gwarantujące im odpowiednią część zysków wydawcy, jakie ten uzyska od podmiotów korzystających z publikacji (m.in. operatorów wyszukiwarek internetowych). 

Czemu ma służyć art. 15?

Mimo opisanych powyżej zmian, cel art. 15 pozostaje niezmienny – ma on umożliwić wydawcom uzyskanie należnego im (ich zdaniem) wynagrodzenia, które ma pochodzić nie od zwykłych internautów, lecz od gigantów takich jak Google. Ten i podobne mu przeglądarki korzystają z odnośników do artykułów internetowych nie biorąc udziału w ich tworzeniu, ani nie ponosząc z tego tytułu żadnych kosztów. Współczesnemu internaucie często wystarczy jedynie spojrzenie na nagłówek i pierwszy akapit (które generują się automatycznie wraz z linkiem) bez wchodzenia na stronę główną ich źródła co jest solą w oku wydawców.

Nie można jednak stwierdzić, że rację w tej sprawie ma tylko jedna strona, gdyż spora część ruchu w serwisach prasowych to właśnie wejścia via Google. Ich właściciele skwapliwie z tego korzystają i dokładają wszelkich starań, by w wynikach wyszukiwania znaleźć się choćby o jedną pozycję wyżej niż konkurent. “Wypisanie się” z tego mechanizmu automatycznie skutkuje znacznym spadkiem wejść na strony serwisów, o czym mieli okazję przekonać się niemieccy wydawcy, którzy już wcześniej doprowadzili do uchwalenia w swoim kraju przepisów podobnych do art. 15 (wynikłe z tego powodu trudności zmusiły ich do ugięcia się i udzielenia Google bezpłatnych licencji).

Obecny kształt art. 15 świadczy o tym, że unijny prawodawca postawił na rozwiązanie kompromisowe – korzystanie z linków i pojedynczych słów pozostanie bezpłatne, podczas gdy za korzystanie z dłuższych fragmentów trzeba będzie zapłacić.

Wydaje się, że nie powinno to negatywnie wpłynąć na usługi świadczone przez operatorów przeglądarek internetowych, chyba że w ramach protestu usuną oni z wyników wyszukiwania wszystkich, którzy nie udzielą im bezpłatnej licencji. Takie posunięcie nie będzie jednak opłacalne ekonomicznie (rynek UE jest zbyt cenny, by go porzucić – prawdopobnie, gdyż już RODO pokazało nam, że wielu dostawców treści może po prostu zablokować europejską wersję strony), dlatego najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest wypracowanie kompromisowych praktyk rynkowych, które zadowolą i wydawców, i operatorów. 

Niezależnie od powyższego, zmiany nie dotkną zwykłych internautów, o ile nie będą przeklejać na swoje profile obszernych fragmentów artykułów. W chwili obecnej twierdzenia, że od każdego linku udostępnionego na Facebooku trzeba będzie zapłacić podatek, można z czystym sumieniem włożyć między bajki.

Co naprawdę oznacza przyjęcie ACTA 2?

O ile art. 15 można uznać za realizację postulatów środowisk wydawniczych, art. 17 (dawny art. 13) ma uczynić zadość oczekiwaniom środowiska twórców. Jego celem jest bowiem wyrugowanie treści naruszających prawa autorskie z serwisów oferujących użytkownikom możliwość przechowywania i publikacji utworów (takich jak YouTube). 

Pierwotna wersja przepisu kładła nacisk na obowiązki operatorów platform hostingowych, którzy mieli zapewnić, że nie pojawią się na nich niedozwolone materiały, co stanowiło odwrócenie aktualnych reguł odpowiedzialności za świadczenie usług drogą elektroniczną (zakłada on, że operator nie ma obowiązku analizowania treści przesyłanych przez użytkowników).

W praktyce doprowadziłoby to do kontrolowania wszystkich dodanych treści przed ich publikacją, czym (ze względu na ich ogromną ilość), musiałyby zajmować się maszyny oparte na sztucznej inteligencji. Pomijając fakt, że na takie rozwiązanie mogliby sobie pozwolić tylko najwięksi gracze, nawet najdoskonalsze programy nie gwarantowałyby z jednej strony odsiania wszystkich bezprawnych treści, a z drugiej – przepuszczenia wszystkich treści zgodnych z prawem.

Ponadto maszyna nie jest w stanie rozpoznać wyjątków prawa autorskiego (np. parodii, cytatu), co prowadziłoby zapewne do automatycznego blokowania zawierających je materiałów. W pewnym sensie złowrogie określenie “cenzura prewencyjna” było zatem uzasadnione. 

Pod wpływem krytyki, dawny art. 13 został przeredagowany i zwiększył swoją objętość niemal dwukrotnie. Obecnie na pierwszym planie znajduje się obowiązek uzyskania zezwolenia (np. licencji) na publiczne udostępnienie danego utworu w serwisie, o co musi zadbać jego operator.

Co ciekawe, jeżeli takie zezwolenie zostanie udzielone, z mocy prawa będzie obejmowało także innych użytkowników serwisu, co ma umożliwić im opublikowanie utworu na swoich profilach. Choć celem tego rozwiązania jest obecność w serwisach jedynie licencjonowanej twórczości, dyrektywa nie przewiduje zakazu publikowania treści nielicencjonowanych, obwarowując to jednak istotnymi zastrzeżeniami.

Jeżeli operator serwisu nie uzyska od użytkownika odpowiedniego zezwolenia (którego ze zrozumiałych względów nie może skutecznie udzielić np. posiadacz pirackiego filmu), ponosi odpowiedzialność za naruszenie spowodowane publikacją utworu nim nieobjętego. Przerzucenie odpowiedzialności z użytkownika na operatora zostało zatem utrzymane, lecz w złagodzonej formie. Operator może bowiem uwolnić się od niej, jeżeli udowodni że:

  1. dołożył wszelkich starań, aby uzyskać zezwolenie;
  2. dołożył wszelkich starań wymaganych do profesjonalisty, aby uniemożliwić bezprawną publikację utworów, co do których otrzymał odpowiednie i niezbędne informacje od podmiotów uprawnionych (oznacza to obowiązek wprowadzenia odpowiednich zabezpieczeń, które zapobiegną np. bezprawnej publikacji pirackiej kopii filmu, o którym potrzebne informacje – tytuł, długość i inne cechy – przekazał wcześniej jego rzeczywisty dystrybutor);
  3. niezwłocznie po otrzymaniu zgłoszenia zablokował lub usnął bezprawnie opublikowany utwór, a także dołożył wszelkich starań, by zapobiec jego ponownej publikacji w przyszłości.

Przy ocenie, czy operator wypełnił powyższe obowiązki, dyrektywa każe wziąć pod uwagę rodzaj, odbiorców i skalę świadczonych usług oraz rodzaj utworów, a także dostępność odpowiednich i skutecznych środków oraz ich koszt dla operatora. 

Szczególne rozwiązania w zakresie odpowiedzialności, przewidziane są dla podmiotów “małych” (obecnych na rynku UE krócej niż 3 lata oraz o rocznym obrocie poniżej 10 mln euro), które mają obowiązek jedynie dążyć do uzyskania zezwolenia i zablokować lub usunąć bezprawne opublikowany utwór niezwłocznie po zgłoszeniu (odpada wymóg profesjonalnych zabezpieczeń). W odniesieniu zaś do podmiotów o znacznej liczbie odwiedzających (ich średnia liczba ma przekraczać 5 mln w skali miesiąca), dyrektywa przewiduje obowiązek dołożenia wszelkich starań, by zgłoszone utwory nie zostały opublikowane w przyszłości.

Oprócz złagodzenia i uszczegółowienia odpowiedzialności operatora, unijny prawodawca przeznaczył znaczną część art. 17 na gwarancje zapobiegające ewentualnej “cenzurze”.

Dyrektywa wyraźnie stwierdza bowiem, że współpraca między twórcami a operatorami nie może zapobiegać publikacjom utworów, które nie naruszają praw autorskich, oraz wymaga, aby przepisy każdego państwa członkowskiego UE umożliwiały użytkownikom korzystanie z udostępnionych treści w ramach cytatu, krytyki, recenzji, karykatury, pastiszu lub parodii.

Jeszcze bardziej jednoznaczną treść ma ust. 8, który przesądza, że stosowanie art. 17 nie wprowadza obowiązku ogólnego nadzoru.

Na wypadek, gdyby powyższe gwarancje okazały się niewystarczające, dyrektywa przewiduje wprowadzenia przez operatorów skutecznych, działających niezwłocznie i kontrolowanych przez człowieka mechanizmów rozpatrywania należycie uzasadnionych skarg użytkowników, których treści zostały zablokowane lub usunięte (muszą mieć oni także zagwarantowane prawo do sądu).

Czemu ma służyć art. 17?

Celem art. 17 (dawnego art. 13) od samego początku jest zapewnienie, by publicznie dostępne były jedynie utwory licencjonowane. Choć unijny prawodawca chciał początkowo osiągnąć ten rezultat poprzez prosty nakaz uprzedniej kontroli udostępnianych treści (budzącej skojarzenie z cenzurą prewencyjną), ostatecznie zdecydował się na stworzenie całego systemu odpowiedzialności operatora połączonego z gwarancjami praw użytkowników. Choć w wyniku implementacji dyrektywy w poszczególnych państwach, konkretne rozwiązania mogą przybrać odmienne kształty, możliwość ograniczania wolności słowa na ich podstawie wydaje się wykluczona.

Osobną kwestią pozostaje to, jak na wprowadzone zmiany zareagują operatorzy. Mimo iż ich odpowiedzialność nie będzie praktycznie absolutna i automatyczna (jak zakładał pierwotny projekt), część z nich może “dla świętego spokoju” ograniczyć się do udostępniania wyłącznie licencjonowanych treść (w taki sposób już dziś działa np. Spotify). Sporym problemem będzie pogodzenie obowiązku zastosowania odpowiednich zabezpieczeń z tak wieloma postaciami dozwolonego użytku, co w połączeniu ze znacznie zróżnicowanymi przesłankami odpowiedzialności, może znacznie utrudnić skuteczne egzekwowanie nowych przepisów. 


Potrzebujesz indywidualnej pomocy prawnej?
Napisz do mnie na a.szczudlo@skmlegal.pl

Podsumowanie

Nie ulega wątpliwości, że uchwalenie przez PE dyrektywy w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym jest sukcesem wydawców i twórców oraz porażką operatorów wyszukiwarek internetowych i serwisów hostingowych, którzy intensywnie lobbowali przeciwko tym rozwiązaniom. Wydaje się jednak, że z tego starcia obronną ręką wyszli także zwykli internauci, których interesy i prawa zyskały odpowiednie gwarancje. Przyjęta dyrektywa nie jest wprawdzie doskonała, a intencje jej zwolenników – kryształowe, lecz głoszenie tez o “podatku od linków” czy “cenzurze prewencyjnej” jest po prostu nadużyciem. 

“Wojna o ACTA 2” nie dobiegła jednak końca, a jej przeciwnicy nie zamierzają składać broni. Sprzyjają im zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego, w których nowa dyrektywa ma szansę odegrać rolę jednego z głównych kampanijnych tematów. Wyborcy z pewnością będą domagali się od kandydatów jednoznacznego opowiedzenia się “za” lub “przeciw” nowemu prawu, a zarzucanie przeciwnikowi popieranie “cenzury prewencyjnej” stanie się wygodnym orężem w walce politycznej. Czynniki te sprawiają, że na ostateczne rozstrzygnięcie losów dyrektywy trzeba będzie jeszcze poczekać. 

PS. Artykuł powstał przy współpracy zespołu prawników z kancelarii Snażyk Korol Mordaka.

Arkadiusz Szczudło

Arkadiusz Szczudło

Jestem prawnikiem w kancelarii Snażyk Korol Mordaka sp.k. Pomagam przedsiębiorcom i freelancerom z branży kreatywnej, a w szczególności mody i newtech. Prowadzę wiele projektów edukacyjnych dla branży kreatywnej. Bezpłatnie dzielę się wiedzą na tym blogu i kilku innych (...) Możesz do mnie pisać na a.szczudlo@skmlegal.pl.

More Posts - Website - Twitter - Facebook - LinkedIn - YouTube - Instagram

Pin It on Pinterest

Kliknij w ikonkę i poleć ten artykuł swoim znajomym :)